W miasteczku Beaville padał deszcz. Co
chwila niebo przecinały błyskawice, grzmiąc i kpiąc sobie z
płaczących dzieci i przybitych dorosłych. Kpiąc sobie ze słońca,
które próbowało dać światu choć trochę ciepłego światła.
Kpiąc sobie z drzew, które wyrwane z korzeniami zwalały się z
głuchym trzaskiem na roślinność, przygniatając i niszcząc
wszystko. Kpiąc sobie ze zwierząt, w tym koni, które spłoszone
wbiegały do lasów, raniąc się i potykając.
Mieszkańcy Beaville nerwowo spoglądali
w niebo, oczekując słonecznego przebłysku światła. Burza jednak,
wciąż szalała, siejąc spustoszenie. Chyba ani myślała, żeby
przeminąć. Trwała od dwóch dni. Wioska powoli stawała się
bagnem, woda zalewała ogrody, podczas gdy mieszkańcy tracili już
nadzieję, co do ocalenia przed potopem.
Tak samo myślały pewne przyjaciółki.
Bały się o swoje konie, które uciekły ze stajni.
Bać się.
W Beaville jeszcze nikt dotąd się nie
bał.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz